August 29, 2016

Złota klatka

Imigrancka odyseja. Gwatemalskie kino drogi. Oba te określenia doskonale definiują "Złotą klatkę", gwatemalsko - meksykański dramat w reżyserii Diego Quemady-Dieza (który współpracował wcześniej m.in. z Alejandro Inarritu). Ale oba też poszerzają ich znaczenia. O imigrantach filmów jest sporo. Nie mówiąc o filmie drogi (tu moim ulubionym od lat jest "Thelma i Louise"). Ale tym razem jest inaczej, głównie z tego względu, że nie oddalamy się od granicy meksykańsko - amerykańskiej, przesuwając w górę mapy celem spełnienia American Dream, ale zbliżamy do niej razem z trójką bohaterów. Czyli jest to jakby rewers drogi, jaką zazwyczaj z kina znamy. 
Sara, Juan i Samuel, nastolatkowie z Gwatemali, wyruszają w podróż do Ameryki. Pieszo. Pociągiem. Jak się da. Z rozmachem, wiarą i nadzieją, jaka jest możliwa tylko w wieku lat nastu. Sara, jedyna w grupce dziewczyna, świadoma niebezpieczeństw, jakie czyhają na kobiety, ścina włosy, ściska piersi bandażem i podaje się za chłopca imieniem Osvaldo. Juan jest młodym gniewnym - butny i skory do bitki, uparty, twardy, odważny i bardzo, jak się okaże,  honorowy. Samuel jest tym, który podda się najszybciej, a do pozostałych dołączy Indianin Chauk, który nawet nie mówi po hiszpańsku i Juan ma początkowo wielkie obiekcje, czy w ogóle brać go pod skrzydła. Zwłaszcza, że sympatyczna Sara wpada Chaukowi w oko, co wprowadza element rywalizacji i napięcie w grupie.  
Cała trójka zaczyna dość żwawo, z początku nawet beztrosko wydając pieniądze - na przykład na sesję zdjęciowa z Ameryką w tle. To jest bardzo ważna, kluczowa scena dla całego filmu, bo atrybuty użyte do przedstawienia Ameryki w czasie robienia sesji są niczym innym jak kliszami z hollywoodzkich filmów. Indianin zakłada pióropusz charakterystyczny dla północnoamerykańskich Indian Nawaho, jest kowboj z rewolwerem i Statua Wolności. Ameryka jako Ziemia Obiecana. 
Potem jednak, w miarę przesuwania się na północ, cała trójka traci młodzieńczy entuzjazm. Ta podroż to nie żarty, to nie wyprawa przez park narodowy, gdzie na końcu czeka ognisko i ciepła strawa. Tu stawką jest życie. Po drodze nie czyhają co prawda węże i jaguary, ale są handlarze ludźmi, mafia, żądni krwi i łapówek celnicy. Quemada-Diez od początku daje znać widzowi, że będzie jak najbliżej życia jak to tylko możliwe, że będzie bolało. Po prostu.  Operacja na bohaterach dokona się bez znieczulenia. Im bliżej końca, tym bardziej znika błysk radości i młodzieńczej nonszalancji.
Siłą filmu jest obraz (doprawdy niewiele tu scen dialogowych), kamera nie unika wstrząsająco pięknych krajobrazów, ale na tej pięknej ziemi dzieją się nieludzkie rzeczy i jako widzowie jesteśmy ich świadkami. Przypomniało mi się hasło Legii Cudzoziemskiej "Maszeruj albo giń!". O tym jest też ten film. 
Do końca bohaterowie wierzą, że po drugiej stronie wielkiego muru, którym syci Amerykanie bronią się przed latynoskimi uciekinierami - jest raj. Jest lepiej. Nie jest. Ale nie da się z raz obranej drogi zawrócić. 
Gdzieś tam koreluje ten obraz ze społecznym zacięciem Kena Loacha. Jest realistycznym dramatem o zwykłych ludziach. Ale kogo obchodzą małe wielkie dramaty osób po drugiej stronie globu? No kogo? Po obejrzeniu filmu - powinny wszystkich. To zasługa młodych gwatemalskich aktorów, zwłaszcza Karen Martinez w roli Sary. Łatwo się z nimi utożsamić, łatwo im kibicować. Tym trudniej żegnać. Nieśpieszna narracja, piękne zdjęcia, dobry scenariusz. Quemada-Diez odrobił lekcję, czekam na dalszy ciąg. 

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger