September 03, 2016

Małe życie

"Hey, Jude!' - chciałoby się mówić co drugą stronę tej książki. Najlepszej, jaką czytałam w tym roku. Amerykanka Hanya Yanagihara stworzyła powieść totalną, jak określił to Michał Nogaś w swoim programie (TU - warto posłuchać niemal godzinnej rozmowy z autorką) i podpisuję się pod tym stwierdzeniem obiema rękami. 
Opasły, kilkusetstronicowy tom jest opowieścią o czwórce przyjaciół - to czterej faceci, tuż po studiach na prestiżowych uczelniach Nowej Anglii, którzy rozpoczynają dorosłe życie w Nowym Jorku. Ale nie jest to klasyczna powieść o dorastaniu, o stawaniu się dorosłym, znajdowaniu odpowiedzi na egzystencjalne pytania i pokonywaniu trudności. Gęsta narracja nie rzuca nam postaci Jude'a - prawnika, Malcolma - architekta, JB - malarza i Willema - aktora na panoramiczne tło wielkiego miasta. Nowy Jork, miasto-gigant, megalopolis kurczy się do rozmiarów kilku wnętrz. O samym mieście jest bardzo niewiele, nie mamy nawet żadnych realiów historycznych, nic co wskazywałoby na konkretny punkt na osi czasu. Czy jest po 11 września? Czy przed? Nie jest to w ogóle ważne. To co ważne dzieje się w głowach bohaterów. Narracja nie składa się prawie wcale z dialogów, a z monologów wewnętrznych, ale całość jest prowadzona w taki sposób (właśnie słowo "gęsty" najbardziej mi tu pasuje), że nie sposób się od niej oderwać, nie sposób ją przerwać. Dlatego pochłonięcie ponad ośmiuset stron zajmuje zaledwie kilka dni. Może trzy, może cztery.  
"Małe życie", choć zaczyna się dość standardowo, bardzo szybko staje się opowieścią o mroku  - tym, który ogarnia nasze dusze, kiedy uświadamiamy sobie nieuchronność niemożliwości ukształtowania swojego życia na modłę naszych młodzieńczych marzeń (przeprowadzka do wielkiego miasta niczego sama z siebie nie załatwi) i tym, który niesiemy ze sobą z dawnych czasów. Każdy ma taki bagaż, węzełek na plecach, do którego rzadko zagląda, którzy ciąży mniej lub bardziej. W przypadku głównego bohatera powieści - Jude'a (bo to on już w drugim rozdziale wysuwa się na plan pierwszy) - ciężar ten jest tak ogromny, że niemal nie do udźwignięcia.
Jude ma rany na ciele i duszy, które nigdy się goją. Niesie ze sobą wielka tajemnicę, o jego sekrecie nie wiedzą nawet najbliżsi mu ludzi.Milczenie na temat tego, co przytrafiło mu się w dzieciństwie jest jedynym znanym mu sposobem na przetrwanie. Kiedy w końcu jeden jedyny raz odważy się opowiedzieć swoją historię, okazuje się ona tak straszliwa, tak przerażająca, że czytelnikowi jest ją równie trudno znieść jak słuchaczowi bohatera. Jest Jude postacią równie tragiczną jak greccy bohaterowie tragedii. Spadło na niego tyle nieszczęść, że jego pragnienie śmierci wydaje się zupełnie naturalne, bo nikt, kto przeżył to co Jude, nie chciałby żyć. Współczujemy mu, jego los wprawia nas w gniew i osłupienie. Jednocześnie ta tak wielowymiarowa postać często nas drażni. Właśnie tym, że tak doskonale nie potrafi poradzić sobie ze swoją przeszłością, że nie potrafi skorzystać z dorobku psychoterapii, że odrzuca wszelką pomoc, że w jakiś okrutny sposób sam manipuluje emocjami towarzyszy.
Co kilkadziesiąt stron autorka raczy nas szczegółowymi opisami cięć, jakich dokonuje Jude na swoich ramionach i nogach. Całe ciało pokrywają blizny i zrosty, regularnie ponownie otwierane przez żyletki, a jednak w miarę, jak akcja powieści toczy się dalej, wiemy, że opisy te nie mają na celu wywołać w nas obrzydzenia, że są dopełnieniem charakterystyki bohatera, że dzięki nim łatwiej nam go zrozumieć.
Akcja powieści to schody w dół. Powoli, niemal niezauważenie, z każdym kolejnym rokiem (akcja powieści obejmuje kilkadziesiąt lat) robi się coraz ciemniej, coraz smutniej. Choć sam koniec w jakimś sensie przynosi ukojenie. Spodziewamy się go i gdy się nareszcie dzieje, czujemy ulgę, że przeogromne cierpienie głównego bohatera właśnie dobiegło końca.
"Małe życie" to literacka esencja życia. Skondensowana opowieść o przyjaźni, bólu, poszukiwaniu sensu, rozczarowaniu, o tym, że każdy z nas jest tylko błyskiem, mgnieniem oka. Niczym więcej.

Autorka powieści na zdjęciu z sesji z pisma Vogue:


P.S. Brawo dla wydawnictwa WAB - to pierwsze tłumaczenie tej książki w świecie. 

3 comments:

  1. Ależ zachęciłaś. Mam tę książkę na czytniku i jakoś nie mogę się zebrać do przeczytania "Małego życia", ale teraz mam ogromną ochotę zacząć:)

    ReplyDelete
  2. W takim razie bardzo się cieszę i czekam na Twoją opinię. :-)

    ReplyDelete
  3. well, well, well... jesień idzie.. 800 stron kusi i to bardzo :-)

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger