October 20, 2016

Ania z Zielonego Wzgórza (2016)

Oczywiście, że bardzo bałam się tego filmu. Po pierwsze kocham literacki pierwowzór miłością dozgonną, po drugie kocham kanadyjski miniserial z 1985r. ze śliczną Megan Follows i w zasadzie żyłam w głębokim przekonaniu, że nie ma sensu robić żadnych remake'ów. Rozumiałam, że "Ania" jest niemal od stu lat żyłą złota i wcześniej czy później zgłoszą się kolejni chętni, by coś z niej uszczknąć. Ale nie chciałam, bardzo nie chciałam psuć sobie pięknego wrażenia z kina Kevina Sullivana. Jego filmowa opowieść była bardzo blisko książki, poetycka, przegadana, z doskonałą Anią, doskonałym Gilbertem (nieodżałowany Jonathan Crombie), doskonałą Marylą (Coleen Dewhurst)  i doskonałym Mateuszem (Richard Farnsworth, pamiętny jako główny bohater Lynchowskiej "Prostej historii").
Zatem strach, strach wielki obejrzeć jakąkolwiek "nową" Anię (tak jak strach było oglądać - i słusznie jak się okazało - ten straszny serial będący kontynuacją "Przeminęło z wiatrem"). Skok na główkę nastąpił dziś po południu. Nie złamałam karku, było... dużo frajdy. Choć "Ania" zupełnie, zupełnie inna.

Po pierwsze tym razem to amerykańska, pełnometrażowa fabuła. To oznacza skondensowanie akcji i dość luźne potraktowanie pewnych wątków, ale zdecydowanie dostosowano akcję do możliwości poznawczych współczesnych odbiorców z późnej podstawówki - nie ma poezji, ale jest żwawo, zabawnie i tylko momentami lirycznie (zwłaszcza w pięknych zdjęciach). Jest zasadnicza różnica pomiędzy odbiorcą z 1985r. a odbiorcą z 2016r. i reżyser John Kent Harrison ma tego świadomość.
Po drugie - nowa Ania, grana fantastycznie przez Ellę Ballentine, jest naprawdę żywiołową dwunastolatką, z naciskiem na "dwunastolatką". Megan Follows z poprzedniej wersji była jednak duuużo starsza, kiedy grała dwunastolatkę (co w pierwszej części serialu, przyznam po latach, że jednak razi). Ella Ballentine jest dzieckiem, zaledwie dorastającą panienką. (A Gilbert Blythe nie jest przystojnym młodzieńcem w momencie, kiedy go poznajemy, ale chłopcem. Nie będzie wzdychania do ekranu tym razem.) Sama Ania zagrana brawurowo. To nie jest biedna sierotka. To ktoś, kto nie pozwoli definiować się przez tragedię, jaka ją spotkała. To dzięki niej film staje się opowieścią o otwarciu na nowe, na przyszłość, na nadzieję, przyjaźń i - wreszcie - miłość.
Po trzecie - w filmie mamy wielki nacisk na kobiety i ich rolę w społeczeństwie. Avonlea składa się z szeregu niezwykle ciekawych postaci kobiecych, to one tworzą jego koloryt. Sara Botsford, która wcieliła się w rolę Maryli, zarzekała się w wywiadach, że nie zamierza grać Maryli - gospodyni swojego brata. Jej Maryla, choć nadal nieco szorstka (ale jednak o wiele mniej niż Maryla Dewhurst) jest pewna siebie, władcza, nie jest tylko "stara panną". To osoba świadoma własnej wartości, której tożsamości nie określa bycie/niebycie czyjąś żoną. Aktorskim niewypałem jest za to jedyna gwiazda w obsadzie, czyli Martin Sheen (sic!) jako Mateusz. Niestety, trzydzieści lat temu Farnsworth zagrał  jedynego słusznego Mateusza i nawet Sheena nie przyjmuję do wiadomości.
Po czwarte - jest ten film jednocześnie na wskroś starodawny - w sensie odzwierciedlenia ducha epoki, pewnego romantycznego mitu powiktoriańskiej Kanady.
Po piąte - zwyczajnie świetnie się to ogląda. I jeśli będę miała za moment do wyboru, którą "Anię" pokazać córce, to wybiorę, z bólem serca, ale jednak... tę. 

4 comments:

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger