October 14, 2016

Miasto Archipelag

W swojej najnowszej książce, wydanej przez wydawnictwo Karakter, Filip Springer opisał większość dawnych miast wojewódzkich, które to tworzą tytułowy archipelag - samotne wyspy miejskiego życia, których status mocno podupadł od czasu nałożenia przez administrację Jerzego Buzka na mapę kraju nowej siatki województw. Jak sobie radzą dziś? Jacy ludzie w nich żyją? Cóż zostało z dawnej świetności i partyjnego splendoru? 
Z wielką niecierpliwością czekałam na tę lekturę, bo urodziłam się jeszcze w latach 70. i bardzo dobrze pamiętam Polskę podzielona na 39 części - układałam ją jako kolorowe puzzle jako dziecko i do dziś potrafiłabym dawne wojewódzkie miasta wymienić. Nie mieszkałam w żadnym z nich, choć akurat moje miasto idealnie wpisuje w ducha całego "archipelagu" - położone rzut beretem od Skierniewic, zawsze zazdrośnie  spoglądające na nie jak na starszego brata, któremu udała się kariera zawodowa, a jemu samemu przypadły ochłapy z rodzinnego stołu. Tym bardziej zaciera ręce, gdy bratu powinęła się noga - na co i sam Sochaczew, bo o nim mowa, chętnie zrzuca swe własne porażki. 
Wracając do samej książki - Springer nie szuka w małych i średnich miastach Polski B, Polski gorszego sortu, Polski zakompleksionej. Z żywym zainteresowaniem odkrywa kolorowy, miejscami połatany i niechlujny, ale zawsze ciekawy pejzaż z ratuszem, nowym rynkiem w tle. Wiele z dawnych miast wojewódzkich przestało tętnić życiem, muszą w nowej rzeczywistości zdefiniować swą rolę w regionie na nowo (Elbląg, Piła). Tak, od niektórych miast oddaliła się Warszawa, trudno o jakikolwiek w nich powiew wielkomiejskości, degradacja widoczna jest gołym okiem. Ale nie jest tak, że nie da się w nich żyć i koniecznie trzeba zwiać do Wielkiej Brytanii, by coś osiągnąć. Springer bystrym, reporterskim okiem przygląda się budynkom (książka jest pełna ich kolorowych fotografii, które to autor własnoręcznie wykonał), miejscom pracy i instytucjom (kapitalny rozdziało Koninie, w którym nie ma już kopalni, ale dawna szkoła górnicza nadal uskutecznia kuriozalne Barbórkowe przebieranki), ale przede wszystkim ludziom.
W "archipelagu" mieszka 3 miliony ludzi i to oni nadają swoim miastom klimat. Bywają to ludzie twórczo niesamowici (zamojskie Stforky czy wałbrzyszanie, którzy mają po dziurki w nosie wizerunku Wałbrzycha jako miasta z rozsypującymi się tynkami i biedaszybami) - dlatego obraz, jaki wyłania się z tego  patchworku nie jest smutny, choć tak na ogół w ciągu ostatnich lat tendencyjnie są postrzegane miasta takie jak Radom czy Łomża. Radom stał się przecież w jakimś sensie synonimem obciachu i wszyscy pamiętamy ten nieszczęsny filmik z miejskiej imprezy, na którym pewna Radomianka kradnie napoje ze stołu zastawionego dla wszystkich mieszkańców. Nie ma u Springera tej jednoznaczności, choć nie brakuje opisów miejskich żulików czy problemu bezrobocia, z jakimi miasta te w większości się mierzą. Jest i o ciemnej stronie Ciechanowa, któremu zamarzyły się wieżowce i o ciemnej stronie Włocławka, który ma bardzo niebezpieczne centrum. Ale i o milionerach w Nowym Sączu i o nadal kwitnącej Bielsku-Białej. 
Bardzo podoba mi się układ książki - trzydzieści jeden miast, które autor odwiedził (choć jak przyznaje się na końcu książki - w większości z nich miał "wtyki", które pomogły zajrzeć pod podszewkę) nie jest ustawionych ani alfabetycznie ani chronologicznie, ale problemowo, co pozwala na obejrzenie danego tematu w kilku miastach równolegle i sprawdzenie, jak w poszczególnych regionach Polski różnie wyglądają na przykład projekty unijne (masowo wydawane są pieniądze na nowy bruk i rewitalizacje starówek). Poza tym Springer wymieszał historię nową z historią starszą - nie brakuje tu dawnych opowieści o znanych lub ciekawych mieszkańcach albo opowieści o ludziach którzy miasta zakładali, a których wymazano ze świadomości (na przykład o Niemcach). 
Jest chyba też książka bardziej emocjonalnie powściągliwa niż poprzednie dzieła Springera  - "Miedzianka" i "13 pięter", jest najbardziej reporterska  z nich. Jest ona zresztą finalnym produktem całego projektu i nazwie "Miasto Archipelag" (TUTAJ). 
Moje ulubione fragmenty to te okraszone czarnym humorem, kuriozalnymi dialogami, w których Springer króciutko pisze nieco bardziej od siebie. Są to fragmenty "Z drogi", urywki z podróży do, drobne zapiski rozmów z kierowcami. Fenomenalne i mówiące o tych miastach więcej niż ich burmistrzowie i radni. 

1 comment:

  1. Zdążyłam tylko przejrzeć tę książkę przed spotkaniem z autorem i trochę zaskoczył mnie układ - spodziewałam się porządku wg miast. Ale opowieść autora wynagrodziła mi to małe rozczarowanie, bo Springer opowiadał świetnie, 1,5 h minęło b. szybko. Oczywiście na książkę spojrzałam później przychylniejszym okiem, choć rzeczywiście widać, że to ułamek całego projektu. A ten jest świetny,

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger