November 25, 2016

Światło między oceanami

Derek Cianfrance po raz kolejny udowadnia, że potrafi w absolutnie mistrzowski sposób upleść historię skomplikowanej miłości. Wątek i osnowa splatają się ze  sobą ciasno, dużo tu (emocjonalnych) supełków i węzełków. A wszystko w surowej scenerii maleńkiej wyspy, z której prosto w ołowiane niebo wyrasta latarnia morska. 
Prolog jest nieśpieszny.  Jest rok 1918. Tom Sherbourne (Michael Fassbender) właśnie wrócił z frontu świeżo zakończonej pierwszej wojny światowej. Walka w okopach dokonała spustoszenia we wnętrzu naszego bohatera i Sherbourne pragnie izolacji, samotności i ucieczki. Posada latarnika na odległej od głównego lądu wyspie Janus zdaje się niemal spadać z nieba. Mamy zatem raz po raz ujęcia fal z rykiem roztrzaskujących się o przybrzeżne skały, łoskot wichru wyjącego wokół latarni i wielkiego, szarego nieba nad pustką oceanu. Niespokojne morze jest odbiciem niespokojnego wnętrza Toma. Poza tym jest coś mistycznego w idei bycia latarnikiem. (To jeden z najpiękniejszych motywów w kulturze i jakaś moja własna, cicha tęsknota, by znaleźć się daleko od ludzi). 
Wtedy pojawia się Ona. Śliczna, ciemnooka, uśmiechająca się jednym z najpiękniejszych filmowych uśmiechów Isabel (w tej roli moja nowa ulubiona aktorka   - Szwedka Alicia Vikander). Uczucie, które zaczyna łączyć tych dwoje jest potężne i szczere (Poza tym, kto nie marzy o tym, by być kobietą, na którą mężczyzna patrzy tak jak Fassbender na Alicię, to ja go nie chcę znać ;-)). Ona wygładza jego kanty, on przemienia dziewczynę w kobietę. A potem okazuje się, że nie mogą mieć dzieci i że nie ma silniejszego instynktu niż instynkt macierzyński. Dlatego kiedy do brzegów wysepki dociera łódka, w której znajdują niemowlę, On pozwala Jej je przygarnąć i potraktować jak własne. Od tego momentu my widzowie wiemy, że zaczyna tykać zegar i klepsydra odmierzająca szczęście pary, przesypuje piasek. Ziarenko po ziarenku. Bezlitośnie. To szczęście, ta idylla, ta wizja rodziny z dala od wszelkiego zła tego świata będzie miała swój smutny kres. Bo co jeśli nasze szczęście budujemy na czyimś cierpieniu? 


Stylistyka filmu (na przykład skoki pomiędzy planem ogólnym a zbliżeniami i detalem)  co i rusz przypominała mi "Piknik pod Wisząca Skałą" Petera Weira. Także zmysłowością, tajemniczością. Zdjęcia Adama Arkapaw przywołują nazwisko Svena Nordqvista. Jest tu i surowość krajobrazu, ale bez rozmachu i zadęcia oraz intymny, piękny portret obu wiodących postaci. Całość spaja muzyka Alexandra Desplata (bezsprzecznie mój ulubiony kompozytor ostatnich lat), która potęguje,wzbogaca romantyzm całego obrazu. Piękne, fortepianowe kawałki korespondują z religijnym, moralnym aspektem całej akcji, podkreślają udręczanie głównego bohatera, jego stan duchowy na granicy samospalenia.
Fassbender po raz kolejny odkrywa przed nami swój bezgraniczny chyba talent. Jego Tom miota się pomiędzy bezradnością a nadzieją, wierzymy mu, współczujemy i rozumiemy. Vikander zaś jako młoda kobieta, która nie umie, nie chce ujarzmić pragnienia posiadania dziecka jest do nie opisania cudowna. Ci aktorzy unoszą tę historię wyżej niż kategoria "melodramat". 
"Światło między oceanami" to wzruszająca (nawet rzekłabym, że czułam się jako widz mocno zmanipulowana do płakania) opowieść o potępieniu i wybaczeniu. To wybaczenie okazuje się być tytułowym światłem. Choć sama historia nie ma - jednak - aż takiej siły rażenia jak historia rozpadającego się małżeństwa w "Blue Valentine" tego samego reżysera. Tu wszystko jest raczej przewidywalne, nie zaskakuje nas ten film. Oczywiście, że warto, pomimo tego. 

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger