November 12, 2016

Wilkołacze sny

Horror w wersji "duński minimalizm". Na pewno nie jest to coś, co sprawi radość fanom gore (ja się do nich nie zaliczam), "Wilkołacze sny" to raczej niszowy eksperyment formalny mało znanego jeszcze Jonasa Alexandra Arnby. Choć mam wrażenie, że sami twórcy nie do końca potrafili określić, jaki film chcą zrobić. Czy coś do straszenia (raczej nie), czy studium wyalienowania, czy kino obyczajowe. 
Na pewno niedźwiedzią przysługę polskim widzom zrobili tłumacze - jak można tak spaprać suspens i odkryć karty w tytule? No jak? Film jest opowieścią o dziewczynie, która w miarę posuwania się akcji do przodu pomału odkrywa, co się z nią dzieje. Zatem "When animals dream" mogło zdecydowanie znaleźć jakiś lepszy odpowiednik. 
W każdym razie jesteśmy w maleńkiej rybackiej osadzie u wybrzeży Bałtyku. Główna bohaterka Marie, śliczna dziewczyna o chłodnej, skandynawskiej urodzie, zaczyna właśnie pracę w przetwórni ryb. Nie może nawiązać tam bliższego kontaktu ze współpracownikami, z wyjątkiem jednego Daniela. Koledzy ją szykanują, szef stosuje mobbing. Dziewczynę dręczą nocami dziwne koszmary, a na jej ciele zaczynają się pojawiać znamiona pokrywające się włosami. Marie (bardzo dobra Sonia Suhl) zaczyna też nabierać dziwnych podejrzeń co do choroby własnej matki i co do tego, co ukrywa przed nią ojciec (Lars Mikkelsen, starszy brat Madsa) oraz lekarz, do którego zgłosiła się po poradę. 
Nie jest to film tryskający efektami specjalnymi, ba, nie ma ich tu niemal wcale. Jest za to niezwykle estetyczny i wysmakowany. Piękne tu północne światło i piękne, surowe pejzaże. Małe domki smagane są morskimi wichrami, ma się wrażenie, że wszędzie jest daleko. Jasnym okiem mruga tylko latarnia morska na horyzoncie. Jest pusto i samotnie. Poza tym mieszkańcy osady zdają się wiedzieć więcej niż mówią. 
W "Wilkołaczych snach" nie jest strasznie. Jest raczej melancholijnie, a przemiana młodziutkiej, dojrzewającej dziewczyny w wilkołaka może być rozumiana bardzo symbolicznie. Wszystko dzieje się pomału, znacznie ważniejsza od atmosfery grozy jest warstwa psychologiczna. Nie ma ona co prawda szlachetnej głębi, zwłaszcza zakończenie jest miałkie w stosunku do całości, ale to miłe, że za film o wilkołakach biorą się nie tylko specjaliści od hektolitrów sztucznej krwi na planie. 


No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger