November 05, 2016

Włoskie szpilki

Zbiór opowiadań Magdaleny Tulli nosi taki frywolny, nienaznaczony żadnym złym skojarzeniem tytuł - "Włoskie szpilki". A jednak te krótkie, doskonałe pod względem literackim teksty nasycone są emocjami, którym daleko do lekkich i przyjemnych. Tulli w tej książce rozprawia się ze swoim niezwykłym dzieciństwem, z pamięcią, z żalem o nigdy nieposiadanym w pierwszych latach życia poczuciu bezpieczeństwa i szczęścia. Dźwiga ciężar wojennych przeżyć matki, byłej więźniarki Auschwitz, próbuje się z nimi uporać, by zrozumieć. Próbuje też jakoś się z matką pogodzić, zwłaszcza gdy ta na starość popada w chorobę i zapada cała w niepamięć. 
Z drugiej strony są włoskie korzenie autorki - ojca z Mediolanu, niezwykłe historie włoskich pradziadków i dziadków. Całe dzieciństwo była Tulli jedną nogą w komunistycznej Polsce, a  drugą w kolorowych Włoszech, których najstraszniejszym wojennym wspomnieniem pozostał brak śmietanki do porannej kawy. 

Dwa światy, w których żyłam jednocześnie, nie stykały się horyzontem

Każdy z nas idealizuje swoje dzieciństwo, chętnie wraca pamięcią do spacerów po łąkach i łapania żab, do ognisk nad rzeką i wycieczek szkolnych. Wspomnienia Tulli nie są kolorowymi polaroidami pamięci. To smutne, czarno-białe fotografie. Wyobcowana, samotna dziewczynka, przeżywająca gehennę w szkole, do której rygoru, terroru nie umie i nie chce się przystosować. Każda zresztą placówka edukacyjna, z przedszkolem na czele, zostaje we "Włoskich szpilkach" ukazana jako miejsce grozy i upokorzenia. Zdejmowanie majtek sikającym w czasie leżakowania dzieciom, publiczne zawstydzanie, dokuczanie. 
Co jest bronią w świecie, który nie daje prawa do radości dziecku? Ironia. Tulli przygląda się samej sobie sprzed lat nie bez czułości, ale przede wszystkim z cieniem sarkazmu dotyczącym całej sytuacji. Granatowe mundurki i bylejakość. Matka, wcielająca w stu procentach ideę "zimnego wychowu", a dziś nie pamiętająca, że w ogóle ma córkę. Małej dziewczynce nie można już pomóc, matce również. Pozostaje tylko pogodzić się ze stratą. Spojrzeć w przód, nie wstecz. 
Ale nie nazwałabym tej niedużej książeczki prozą rozliczającą. To raczej próba pogłaskania tego dziecka w sobie. Owszem, dużo tu krytyki wobec systemu, wobec PRL i tego, co miał do zaoferowania. 

Po przegranej wojnie wszystko się jakoś skomplikowało. Klocki, z których nasze rodziny miały ułożyć sobie życie na nowo, były nie takie, jak trzeba, z lekka krzywe i zdekompletowane. Cokolwiek byśmy z nich zbudowali, musiało się zawalić. Nie wolno było wspominać lepszych czasów, a jeśli ktoś nie mógł ich zapomnieć, to powinien był przede wszystkim schować się, zejść z oczu wszechobecnym portretom dygnitarzy, by nie martwić ich i nie obrażać swoim istnieniem.

Jest to proza jednak bardzo intymna, pisana bez fanfar. To wyjście z żałoby po stracie matki, która z kolei zostawiła siebie dawno temu za ogrodzeniem obozu. I po "kraju lat dziecinnych", w którym narodziły się zmory ścigające autorkę w dorosłym życiu. 

O czym wtedy myślałam? O tym, że przeszłości jest za dużo, i to nie takiej, jakiej bym sobie życzyła, a przyszłości za mało, i to nie budzącej nadziei. Grzęzłam w przeszłości, w której wszystko poszło na opak, i w przyszłości nie widziałam dla siebie ratunku.

Narracja jest niezwykle prosta, bez ozdobników i zawijasów. Jest też pisana z pozycji pewnego dystansu, nie ma tu wyszarpywania wnętrz, jest raczej sterylnie i elegancko. 

Magdalena Tulli
"Włoskie szpilki"



No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger