December 10, 2016

Sully

Proszę zapiąć pasy, za chwilę rozpocznie się lot, którego kapitanem jest Tom Hanks. :-)
Najnowszy film Clinta Eastwooda to oparta na prawdziwych wydarzeniach sprzed kilku lat historia lądowania pasażerskim samolotem na rzece Hudson w Nowym Jorku. "Miracle on Hudson" przeszedł do historii awiacji, a kapitanem szczęśliwego lotu był Chesley "Sully" Sullenberg. Na ekranie mamy dekonstrukcję nie tyle samego lotu (chociaż jego też, z fajnymi efektami specjalnymi), co hasła "hero". Bo oczywiście Sulleneberg został okrzyknięty narodowym bohaterem - łatwo wpasował się w mit kogoś, kto bez wahania ryzykuje i radzi sobie w najtrudniejszych sytuacjach. Tyle tabloidy i telewizja. Z drugiej jest NTSB  i śledztwo, z którego wynika, że kapitan nie powinien wodować maszyny, wszelkie symulacje komputerowe pokazują, że po zderzeniu ze stadem bernikli kanadyjskich mógł bezpiecznie wrócić na lotnisko LaGuardia. 
I na tym zawieszeniu pomiędzy tym, jak powinno być a tym, co się naprawdę stało, buduje Eastwood napięcie - bo przecież jak historia się skończyła, wiemy od dawna i finał nie jest dla nas niespodzianką. 155 pasażerów na pokładzie i nikomu nic się nie stało. 
Zatrudnienie do głównej roli wspomnianego już Toma Hanksa (czyżby kolejna nominacja do Oscara?) było bardzo bezpiecznym posunięciem  - to genialny aktor, wychodzący z każdego wcielenia obronną ręką. Potrafi "roztopić się" w każdej granej przez siebie postaci. Jego "Sully" jest zagrany niuansami i mówi najwięcej, jeśli nic nie mówi. Zdecydowanie Hanks uczłowieczył swojego bohatera - zaglądamy mu w duszę przez Hanksowe oczy. Główna oś obrazu - czyli kapitan plus zmagania z samolotem, plus zmagania z biurokratycznym systemem to najmocniejsza strona tego - naprawdę bardzo dobrego -  filmu. Nieco słabiej wypadają wątki poboczne, mające na celu jakoś zarysować przynajmniej kilku pasażerów feralnego lotu. Można sobie wyobrazić film bez nich - są sztampowe i grubą nicią szyte. 
Tak czy siak brawa Eastwoodowi należą się za to, że uniknął przesadnej melodramatyzacji akcji, choć przecież byłyby ku temu tym razem powody. To solidny film sensacyjny. Trzyma w napięciu od początku do końca. No i udało się skondensować się całość w 96 minutach - dawno nie było półtoragodzinnego filmu w kinach. 


4 comments:

  1. Widziałem wczoraj...poprawny, zdaniem moim. Może dlatego, że spodziewałem się czegoś więcej po Eastwoodzie. Faktycznie zamknięcie historii w 1,5h...niebywałe ostatnimi czasy. 100% Hanksa w Hanksie, generalnie można polecać ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. A mnie się podobał - ale chyba właśnie dlatego, że był dokładnie tym, czego oczekiwałam. Czyli dobrym filmem na piątek. :-) A Hanksa chyba kocham.

      Delete
    2. Mi się też podobał, tylko poza poprawność nie wykraczał ;)

      Delete
  2. Powinnam wprowadzić kategorię "kino na piątek". :-)

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger