January 30, 2017

Manchester by the Sea (Uwaga, spoiler!)


Są takie filmy, które zapadają w ciebie, zostają pod powiekami i ćmią jak lekka migrena. Są takie filmy, które oglądane w kinie sprawiają, że nie liczy się nic tylko ekran. "Manchester by the Sea" Kennetha Lonergana  (znanego scenarzysty, autora m.in.: 'Depresji gangstera" i "Gangów Nowego Jorku") jest jednym z nich.
Smutek tego filmu jest przeogromny. Równoważony jest kilkoma humorystycznymi sytuacjami, ale to raczej opowieść o tym, że czasem po prostu nie da się żyć. Żałoba bywa tylko dla niewielkiego procenta z nas jakimś katalizatorem do działania, jakąś  siłą sprawczą. Na ogół jest jednak czynnikiem destrukcyjnym i paraliżującym. Jeśli śmierć dotyczy Twoich dzieci, które w dodatku zginęły z twojej winy, reszta życia staje się drogą potępieńca. Czy potrafiłbyś wybaczyć sam sobie? Czy chciałbyś? 
Film Lonergana jest historią Lee (fantastyczny Casey Affleck, młodszy brat Bena, który nareszcie wyszedł z jego cienia), z którego zostaje po niewyobrażalnej tragedii tylko skorupka, wydmuszka, fasada. Coś tam robi, gdzieś pracuje. Ale jest pustym Elliotowskim "wydrążonym człowiekiem". Kiedy umiera jego brat i zostaje on prawnym opiekunem bratanka, nie umie już wykrzesać z siebie żadnych emocji. Ani łez, ani strachu, ani żalu. Gdy spotyka na ulicy byłą żonę (doskonała w każdym geście Michelle Williams), która próbuje sobie ułożyć życie na nowo, ma jej do powiedzenia tylko trzy słowa "There's nothing there". "Nic już we mnie nie ma". 
Wszystko w tym obrazie jest surowe. Surowa zima w Massachusetts, nagi krajobraz nadmorskiego miasteczka chłostanego styczniowym wiatrem, surowe emocje, surowa, minimalistyczna gra aktorska i surowy, oszczędny scenariusz. Żadnych ozdobników, wygładzania powierzchni. Jest chropowato, szorstko. Przeważa biel i szarość. Narracja jest rwana i o tajemniczym związku Lee z miasteczkiem Manchester dowiadujemy się jako widzowie bardzo powoli, składamy sobie puzzle jego życia po kawałku. 
Lonergan w bardzo prosty sposób pokazuje relacje między bohaterami. To była kiedyś kochająca  się rodzina. On wraca w połowu, ona leży zasmarkana w łóżku, po domu plączą się dzieci. Jest przytulanie, głaskanie po głowach i wyjmowanie niemowlaka z łóżeczka tylko po to, żeby go pomiziać. Zwykły urok zwyczajnego dnia zwykłej rodziny. I ten czar pryska, pnie się w stronę niebytu snopem iskier i siwym dymem. W filmie docieramy do tego momentu warstwa po warstwie. I nie umiemy złożyć później tego, co zostało rozebrane w całości. Tak jak nie umie tego Lee. 
Ciężar tego filmu byłby nie do zniesienia, gdyby nie postać Patricka - nastoletniego bratanka, który przeżywa sam żałobę po ojcu, ale którego dręczą też problemy przeciętnego nastolatka  - z pragnieniem odbycia stosunku z dziewczyną włącznie. I to też jest życie. Splot dobrego i złego, szczęścia i niefartu, radości i smutku. 
Śnieg zalegający na mało urokliwych ulicach miasta stopnieje kiedyś. Czy cokolwiek roztopi Lee od środka? Nie wiem. Ostatnia scena niesie jakieś pocieszenie - wyrusza z bratankiem na rejs rodzinną łodzią, tak jak robili to kiedyś. 
Ten film łamie serce, scena spotkania z Randi, matką dzieci, sprawia, że wbijamy paznokcie w wewnętrzną część dłoni, by zdjąć z tej pary chociaż trochę ich bólu.Kurczę, lubię takie kino. Naprawdę nie trzeba fajerwerków, wystarczy historia wzięta z życia, kilku świetnych aktorów i ktoś, kto zepnie całość. "Manchester by the Sea" to mój Oscarowy faworyt. 

Zdj. nytimes.com

3 comments:

  1. jednak Moonlight równie niesamowity film dla mnie były na równi Manchester to
    to film jest porażający obrazem i niesamowicie dobraną muzyką .. znam nieco okolice Gloucester gdzie bywałem dawno temu Manchester by the Sea to jedna z tak samo wyglądających mieścin w okolicach metropolii Bostonu ,, w porze zimowej i przedwiośnia ma właśnie taki niesamowity klimat jak w filmie … jakby z martwej natury z krajobrazem … ten flim poraża prostotą i dramatem, który może przecież każdemu się zdarzyć nagle kończąc życie .. całkowicie można się utożsamić z Lee, który sięga po rewolwer policjanta bo życie z takim cięzarem dalej jest tak bardzo ciężkie .. a jednak powraca nie jest Lordem Jimem unika spojrzenia w oczy ale jest z miłości i szacunku dla brata jest .… ostatnia scena na łodzi i drugi pokój mówi nam, że być może nada będzie sam ale już nie samotny .. tak jak napisałaś scena rozmowy z Randi jest tak emocjonalna ... pozostaje na długo w pamięci

    ReplyDelete
  2. "Moonlight" ciągle przede mną, mam nadzieję, ze uda mi się w tym tygodniu nadrobić.
    "Manchester" po tylu tygodniach rezonuje.

    ReplyDelete
    Replies
    1. tak wiele tygodni po a obrazy i muzyka z Manchester są ze mną .. muzyka ze sceny z epiologu jest niesamowita .... Moonlight jest równie niezwykłym filmem filmowany bardzo oszczędnie kamera operuje genialnie .. choć temat jest tak różny głęboko zapada w pamięć i porusza dramatem bohaterów ..

      Delete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger