February 10, 2017

Jackie



Tydzień po zabójstwie JFK jego żona Jackie udzieliła wywiadu dziennikarzowi Theodorowi White'owi z magazynu "Life". I wokół tego tygodnia i tego wywiadu oscyluje akcja filmu Pablo Larraina. 
Bardzo czekałam na ten film, ale wyszłam z kina z mieszanymi uczuciami. Tak, Natalie Portman jest w tym obrazie genialna, fantastyczna po prostu. Można rzec, że ona w zasadzie stała się Jackie Kennedy. To wyzwanie dla każdego świetnego aktora - wcielić się w rolę w kogoś znanego, kogoś ikonicznego, zmierzyć się z jego fizjonomią, psychiką, sposobem mówienia, blaskiem i cieniem. Portman co prawda nie musi udowadniać, że jest kapitalną aktorką (i do tego jeszcze jak na standardy Hollywood bardzo dobrze wykształconą), ale rola żony prezydenta, który zginął w Dallas, ma szansę stać się jej życiowym dokonaniem. Chociaż mam wrażenie, że twórcom tak bardzo zależało na oddaniu postaci Jackie, że chyba trochę...jakby to powiedzieć...przedobrzyli. Stroje, fryzura, akcent. 100% Jackie w Jackie. Wydmuszka, portrecik, witrażyk. A wystarczy przypomnieć sobie Michelle Williams, która zagrała równie ikoniczną Marylin Monroe w filmie "Mój tydzień w Marylin" - pozwoliła nam uwierzyć, że jest Marylin jednocześnie karząc nam pamiętać, że ona ją jedynie gra. Chociaż Portman i tak jest najmocniejszą stroną obrazu. Ale nie wychyla się z ikonicznej ramki, w której Jackie Kennedy tkwi od lat. Za dużo tu odtwarzania znanych z fotografii i telewizji scen. 
Sam film ma trudny, ciężki rytm. Jest to opowieść o kobiecie w morzu wpływowych, ważnych mężczyzn. O tym, jak niechcący stała się elementem legendy o Camelot. Piękna kobieta w fantastycznie skrojonych garsonkach, żyjąca długo i szczęśliwie w pięknym Białym Domu jak księżniczka na zamku u boku króla Artura. Nic z tego nigdy nie było prawdą. Wiemy to dziś. Ale w pierwszym po śmierci męża wywiadzie Jackie zaczyna budować mit wspaniałego prezydenta. I nie pozwala opublikować najszczerszych swoich wypowiedzi. A jednak w błyskach wspomnień bohaterki, które pojawiają się na ekranie widzimy, jak niejako prowadzi ją smutne przeznaczenie. "Nothing's ever mine. Not to keep" - mówi Jackie w pewnym momencie i te słowa jakoś profetycznie określają jej los. 

Zdj. elle.uk
Najważniejsze wydają mi się w tym filmie zbliżenia. Najtrudniejsza walka rozgrywa się w środku Jackie. I Portman najbardziej jest wymowna wtedy, kiedy nic nie mówi. 
Nie znajdziemy w tym filmie pocieszenia, nie kończy się on ślubem z greckim miliarderem. To co pękło, zostaje złamane. Najtrudniejsze siedem minut jej życia -  kiedy jechała z umierającym mężem na kolanach przez miasto zalane słońcem - stanowić będą ponurą cezurę. Nie dlatego, że zginął prezydent. Dlatego, że zginął mąż i ojciec. Jednocześnie jednak nie do końca potrafimy (ja w każdym razie nie potrafię) się tym przejąć.  

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger