February 05, 2017

Przełęcz ocalonych



Oderwane od ciał ręce. Lub nogi. Krew, dużo krwi. Wybuchy. Krzyk. Poparzone twarze. To tylko kilka pierwszych minut najnowszego filmu Mela Gibsona. Dobrze koresponduje scena otwarcia z "Szeregowcem Ryanem" Spielberga, w którym zdjęcia Janusza Kamińskiego do lądowania w Normandii wbijały w fotel i rzucały w środek walki od samego początku. 
Gibson, trudno ukryć, lubi filmować przemoc. Najmniej było jej w "Braveheart", ale już "Pasja" i "Apocalypto" były czystym gore. Brutalna "Przełęcz ocalonych" skupia się na dwóch ulubionych przez reżysera tematach - przemocy i religii. Nie, lata separacji od Hollywood (po antysemickich wyskokach i historiach z domową przemocą Gibson stanął na szczycie wrogów numer jeden w L.A. - oto jak fortuna kołem się toczy) nie rozmiękczyły go. Ale to co dzieje się na ekranie "Przełęczy ocalonych" jest jednak nieco historycznie usprawiedliwione. To historia szturmu na japońską Okinawę, który uchodzi za najkrwawszy w czasie całej drugi wojny światowej. Sama opowieść - oparta na faktach - jest niezwykle ciekawa, ale na pewno nie uczyliście się o niej na lekcjach historii. 

Desmond Doss zgłosił się do armii, choć jego własne przekonania moralne i religijne (Kościół Adwentystów Dnia Siódmego) nie pozwalały na to, by być prawdziwym żołnierzem. Takim z karabinem w ręku. Postanowił jednak zostać wojskowym medykiem i  - nie bez przeszkód - wyruszył ze swoją kompanią na podbój Japonii. Bez pomocy broni palnej udało mu się ocalić kilkudziesięciu rannych kolegów od pewnej śmierci. To jest taka bardzo nośna, bardzo amerykańska historia. O uporze, o wierze, o ocaleniu. Wojna jest tak brutalnie pokazana jak powinna. To co mi tu nie gra?

Ano na przykład nieznośny sentymentalizm. Taki łopatologiczny w zasadzie - kiedy akcja sofa się o kilkanaście lat, zmienia się światło, wszystko tonie w złocie, miękkim, rozproszonym świetle (no ile, ile razy można tego zabiegu jeszcze użyć?), przeszłość staje w glorii chwały, a cała wojna jest tylko po to, by "make America great again". Poza tym wiara w dobrego Boga jest tak ostentacyjna w tych ciężkich warunkach, gdzie szczury obgryzają ludzkie resztki, że aż dziw bierze, że nie spływa na niego zwątpienie, nawet na moment. Nie lubię religijnej nachalności, a u Gibsona po raz kolejny jest ona pisana wielkimi literami. Jakby widz miał być niewierzący i głupi jednocześnie. Wojna to piekło, ale trzeba ją od czasu do czasu prowadzić. Takie jest przesłanie tego filmu. 

Dlatego nie ratują go w moich oczach na zdjęcia, ani bardzo dobry Andrew Garfield w roli Dossa. 

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger