May 17, 2017

Dziś nietypowo. O szkole.



Kilka słów o edukacji z punktu widzenia nauczyciela i rodzica. Przepraszam, że nie o kulturze, ale nie mam gdzie tego z siebie wylać. 

Im bardziej zbliża się kolejny pierwszy września, tym większy czuję uścisk w żołądku. (A jeszcze nawet nie było tegorocznych wakacji!) Zaczynałam pracę w szkole z naiwną wiarą, że zmienię świat. Serio. Że w ciągu kilku lat uda się mnie i mnie podobnym rozbić beton. Oczywiście nie udało się, od walenia głową w mur zostały tylko boleści. Tymczasem w ścianie przede mną nie pojawiła się nawet rysa. Stąd dylemat, czy w ogóle powinnam kontynuować tę przedziwną przygodę. Coraz mniej chęci, coraz więcej frustracji. Czy sfrustrowany człowiek powinien pracować z dziećmi?

Na zdj. Tom Berenger (love!!!) w filmie "Belfer".

Gdybym miała magiczną różdżkę, co bym zmieniła? Czy wszystko? Nie. Ale naprawdę wierzę, że można poprawić jakość polskiej szkoły przy pomocy kilku bardzo prostych pomysłów. I obecna reforma nie jest jednym z nich. Ktokolwiek w nią wierzy, jest zwyczajnie głupi. 
Po pierwsze należy zmniejszyć ilość dzieci w klasach. Co prawda na różnej maści szkoleniach nieustanne przedstawia mi się wyniki jakichś badań, z których niby wynika, że liczba dzieci w klasie nie ma znaczenia. Że nieważne, czy jest ich 35, czy 12. Zawsze rozglądam się wtedy wokół siebie i sprawdzam, czy inni słyszą to samo co ja. Bo jak to nie ma znaczenia? Uczę prawie 15 lat i wiem, naprawdę w i e m, jak pracuje mi się z garstką, a jak z kilkudziesięcioosobowym zespołem. W dużej klasie do listopada uczę się imion, nie ma mowy o indywidualizacji pracy, bo poznanie wychowanków zajmuje mi prawie rok. Buzie bledną w wielkim, anonimowym tłumie.
Po drugie – jako nauczyciel nie mam wsparcia w zasadzie w żadnej instytucji. Gdzieś w szumnych hasłach o integracji, wyrównywaniu szans, wychowaniu i odpowiedzialności zniknął dom rodzinny wszystkich tych dzieci. I znów - po 15 latach wiem, w i e m, że nie da się w ciągu 45 minut wychować cudzego dziecka. Nie da się młodego człowieka oddać do szkoły i oczekiwać, że sklei ona gotowi „produkt” na taśmie i odda go do użytku. To tak nie działa. Nie wierzę w żadne wyrównywanie szans, to mamienie oczu wszystkim dookoła, zwłaszcza tym, którzy nie lubią myśleć i brać odpowiedzialności za wychowanie własnych dzieci i którzy są gotowi uwierzyć w jakąś cudowną instrukcję obsługi człowieka, którą szkoła podobno ma w posiadaniu. Otóż nie ma. I niemożliwe jest wymaganie od jednego człowieka, by zapanował nad procesem dydaktycznym, gdy w klasie ma na przykład dziecko z autyzmem, które pół lekcji krzyczy, drugie pół turla się po dywanie, dziecko z nadpobudliwością, które hałasujący na dywanie kolega rozprasza do kwadratu i jeszcze pozostałe dzieci, którym wypadałoby przedstawić materiał z lekcji, pobawić się z nimi w ramach nauki, ale wolą patrzeć na dywanowe harce chłopca z ławki obok. To przykład z moich zajęć. Jak to ogarnąć? Jak pracować na trzech frontach i jednocześnie realizować podstawę programową, za która ściga niemiłosiernie kuratorium? Zatem życie swoje i papiery swoje – bo w chwili obecnej znacznie ważniejsza jest dobrze opisana lekcja, a nie dobrze przeprowadzona lekcja.

Na zdj. Cameron Diaz w filmie "The Teacher"

Po trzecie – zamiast w kółko reformować, przelewać z pustego w próżne (Och, jak lubię, gdy MEN skupia się tak drobiazgowo na nomenklaturze - czy to jest takie ważne, jak nazywa się ocena? Mierna czy dopuszczająca? Czy to są sprawy, nad którymi trzeba debatować nieustannie i tracić czas cenny?), może lepiej skupić się na tym, jak dzieci się uczą? Może trzeba zaopatrzyć szkoły w laboratoria, mikroskopy, dać im pieniądze na szklarnie, eksperymenty, czy chociaż kserografy w każdym pokoju nauczycielskim? Może w ogóle trzeba z tymi dziećmi wyjść ze szkoły? Dać im komputery, tablice interaktywne i tablety, by im pokazać, że nie tylko do gier służą? Istotna wydaje mi się także decentralizacja  - jedynie słuszna linia nie może sprawdzać się jednakowo dobrze w Warszawie i w Pcimiu Dolnym. Nauczyciel ma właściwie zerowy margines na to, by dobierać treści do swojej klasy. Po wyrobieniu normy z podstawy programowej, zostaje tyle, co kot napłakał. Ważna wydaje mi się niezwykle ta wolność tworzenia lekcji, ta możliwość, by w każdej chwili można było iść nie do sali, tylko do lasu i tam omawiać Kochanowskiego czy ułamki. Szkoła powinna być miejscem, gdzie dziecko jest zaskakiwane, gdzie otwiera się przed nim świat, gdzie zwyczajnie nie ma miejsca na nudę.
Po czwarte  - dyscyplina, kochani. Nie mam żadnego, absolutnie żadnego narzędzia, by ukarać ucznia. Nie laniem w  przysłowiową mordę, choć wierzcie mi, że są tacy, którym naprawdę by się przydało (morze, ogromne morze chamstwa wlało się do szkoły, wlewa nadal i śmierdzi szambem) na otrzeźwienie, ale kary najprostsze i najbardziej dotkliwe dla ucznia - czyli stara, dobra "koza" oraz amerykańskie, cudne "suspension" (zawieszenie w prawach ucznia bez prawa przychodzenia do szkoły). "Koza", realne zagrożenie zostania w szkole do 17 i odrabiania dodatkowych zadań to coś, czego chciałby uniknąć każdy uczeń. Nawet za cenę bycia w miarę spokojnym i w miarę kulturalnym. Tylko tyle i aż tyle. Zawieszenie byłoby już większym problemem dla rodziców, których spora część oczyściła się z odpowiedzialności za potomstwo. Gdyby musieli wziąć urlop, bo nie byłoby co z dzieckiem zrobić przez tydzień lub dwa - w try miga pomogliby gagatka postawić do pionu. A tak filozofia, że każdemu się wszystko należy, że szkoła musi, doprowadziła nas do zguby. Nauka powinna być przywilejem. Bo tylko przywileje się szanuje. 
Na zdj. Michelle Pfeiffer w filmie "Dangerous minds" 

Wreszcie po piąte - szkołę powinni opuścić wszyscy ci, którzy nie powinni w niej pracować. Wiąże się to z likwidacją Karty Nauczyciela i to co piszę, nie jest popularne w moim środowisku, ale trudno. W żadnym zawodzie nie powinni pracować ludzie, którzy się zwyczajnie tego nie nadają. Nie wnikam w okoliczności, które sprawiły, że ludzie wylądowali w szkole i utknęli w niej na lata. Jeśli nie lubisz swojej pracy, jeśli nie lubisz dzieci – odejdź. (Sama niebezpiecznie zbliżam się do limitu wytrzymałości  tym systemie). 
Moja córka jest uczennicą drugiej klasy szkoły podstawowej. Ma to szczęście, że jej wychowawczyni to człowiek z pasją i dzięki temu dziecko biegnie do swojego siermiężnego budynku w podskokach. To nic, że nie wiedziała, jak spuszczać wodę w toalecie, która pamięta Edwarda Gierka, bo wystraszyła się łańcucha, za który trzeba było pociągnąć i to nic, że nie może wejść po schodach na górę dopóty, dopóki nie zbiegnie z niech stado rozszalałych chłopców z klas szóstych, bo klasy młodsze nie mają zajęć w oddzielnej części budynku. Chce iść na lekcje. Bo są ciekawe, zabawne i mądre. Ale nie chce iść na świetlicę – ciemne pomieszczenie w szkolnej piwnicy z niewielkimi okratowanymi oknami. Panuje tam niemiłosierny ścisk i hałas i wszystko można powiedzieć o tym miejscu, tylko nie to, że to miejsce  na odpoczynek po zajęciach. Chodzi tam, bo musi. Ale inne mam wyobrażenie świetlicy, która jest piętą Achillesową większości szkół w tym kraju.

Wreszcie po szóste – jak już zrobimy selekcję pedagogów, zapłaćmy im. Przywróćmy wysoki społeczny status tego zawodu. Niech nam zazdroszczą, niech marzą, by zostać nauczycielem. 

;-)

19 comments:

  1. Jako rodzic mogę powiedzieć jedno: szkoła (w sensie MEN) i rodzice pospołu niszczą dyscyplinę i równają w dół do najgorszych - takie rzeczy zaowocują zgniłkami... Z przerażeniem na każdym zebraniu w szkole (2 klasa gimnazjum) słucham i widzę, jak większością głosów rodzice podejmują decyzję typu: "zmieńmy panią od polskiego bo jest zbyt wymagająca". Wiecie na czym polegało to "wymaganie"? Kolorowaniem tematów z zeszycie określonych epok literackich (przykładowo: barok na czerwono, renesans na zielono). Możecie wierzyć lub nie, 70% populacji klasowej do lutego miało z tym problem. Jedna mama przychodziła z synem 3 razy do nauczycielki, żeby to omówić. Ta sama mama próbowała "wyrzucić" nauczycielkę z klasy, bo jej Brajanek nie nadąża z kolorami. W klasie córki TRZY osoby czytają książki, reszta dostaje pały i przechodzi z roku na rok dalej.
    W szkole nie ma dyscypliny i wymagań, jest za to trend, by dzieciom wszystko ułatwiać, chwalić bezkrytycznie za każdą nieistotną duperelkę i brońbosze nie urażać konstruktywną krytyką, nie dawać ocen w klasach początkowych, nie wymagać, nie karać. Szkołę do której ja chodziłam dzisiaj nazywa się systemem pruskim, wymagających nauczycieli - faszystami. Wiecie co? Jeśli ktoś chce zrobić z własnego dziecka bezmózgą i rozkapryszoną galaretę, to niech robi. Szkoła nie powinna być miejscem dla wszystkich, tylko dla tych, którzy czują wewnętrzną potrzebę nauki. Reszta niech zamiata liście w parku.

    ReplyDelete
  2. Bardzo dziękuje za głos. :-) Ja też z żalem przyznaję,że całe to wyrównywanie szans jest niczym innym jak równaniem w dół. Dzieci oczekują szóstek za prace dodatkowe. Na przykład za kartkę z bloku A3, na której przyklejono wydrukowane z kompa (Wikipedia, a jakże) informacje. Szóstka - za kartkę i klej!!!! I rodzice potrafią przyjść w sprawie tegoż kleju. Że się tak napracowało, w pocie czoła i w ogóle, cała rodzina zaanagażowana do przyklejenia pięciu kartek. A szóstki nie ma!
    PS. Wewnętrzną potrzebę nauki odczuwa na moje oko jakieś 50/%. Część z nich nie będzie odczuwała również wewnętrznej potrzeby pójścia do pracy.

    ReplyDelete
  3. Dla mnie jest niepoważnym sam fakt, że dzieciom nie robi się rzetelnych testów predyspozycji i umiejętności, że nie ma grup przedmiotowych tylko klasy, w których nie ma szans na nauczenie wszystkich wszystkiego, jak zakłada program. Że nie ma klas dla uczniów wyróżniających się (za moich czasów szkolnych chodziliśmy na kółka zainteresowań, interklasowe - to była najlepsza stymulacja umysłów i zdrowa rywalizacja pomiędzy ludźmi, którzy szanują swój i cudzy intelekt, a także CZAS). Już słyszę te głosy oburzenia na te pomysły...

    ReplyDelete
  4. Kółka przedmiotowe akurat są (w mojej szkole są, sama prowadzę i to moja ulubiona godzina w ciągu tygodnia - prowadzę Klub Filmowy). Ale testów predyspozycji nie ma, klasy dla zdolnych nie mogą powstać,bo w ten sposób dyskryminuje się innych. W klasie nauczycie idzie środkiem - bo nie ma wyjścia. Ale to oznacza, że zdolni się nudzą, a słabi i tak nie rozumieją. Niestety.

    ReplyDelete
  5. Ja z biegiem czasu nabieram pewności, że szkoła = socjalizacja i niewiele więcej można wymagać... Moje doświadczenia to rodzice wspierający wyścig szczurów i równocześnie starający się zdominować nauczycielkę, a z drugiej strony masa pedagogów, którzy nie powinni pracować w zawodzie! Sama jestem po studiach, dzięki którym mogłabym uczyć. Ale już na studiach wiedziałam, że nie chcę tego robić, że się nie nadaję, że byłabym kiepskim nauczycielem. W mojej ocenie do tego zawodu nie nadawało się 70 proc. studiujących ze mną ludzi. Oni uczą. Mam nadzieję, że tylko mi się wydawało, że się nie nadają :/

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie wydawało Ci się. Na moich studiach, również na kierunku pedagogicznym, studenci oddawali prace, które nie spełniały żadnych wymogów, jakie winny być stawiane ludziom chcącym być nauczycielami - masa błędów ortograficznych, stylistycznych, plagiaty tak oczywiste, że brała zgroza. Roman Kuźniar powiedział kiedyś w wywiadzie, że "Doszło do upowszechnienia szkolnictwa wyższego do takiej nieznośniej masy. Także na dobrych uniwersytetach widzimy ludzi, którzy nie powinni oglądać uniwersytetu nawet na wycieczkach szkolnych. Po prostu nie spełniają kulturowych i intelektualnych predyspozycji, aby otrzymać tytuł magisterski"
      Ta bylejakośc zaczyna się niestety w podstawówce, potem dzieci są nauczane według takich wzorców i idą dalej na uczelnie wyższe z takim backgroundem - błędne koło błędnego systemu, rządzi tym aintelektualny bolszewizm.

      Delete
    2. Część na pewno się nie nadawała. Pierwszy rok mojej pracy to mała szkoła i współpraca z polonistką, która robiła błędy ortograficzne. Afera była ogromna, po semestrze straciła stanowisko.

      Delete
  6. Aż się przysiadłam do laptopa, by dorzucić swoje trzy grosze.
    Nie będę powtarzać po Was, bo podpisuję się pod wszystkim, co napisałyście (i Ty, Kasiu i koleżanki).
    Też jestem pedagogiem, pracowałam w przedszkolu dla młodszych dzieci i to, co tam doprowadzało mnie do szału, doprowadza mnie do szału także po tej drugiej stronie i na dalszych etapach edukacji; jako rodzica już trójki uczniów (od września czwórki).
    Otóż rodzice.
    Mający wielkie wymagania i zero inicjatywy ze swojej strony, tacy, którzy żądają a sami nie mają ochoty wychowywać swoich dzieci. narzekający po kątach, chamscy, krótkowzroczni.
    Moje dzieci raz po raz swoje szkolne opowieści zaczynają od: pani pytała o .... i tylko ja wiedziałam, co to jest. Przebóg, a nie chodziło o malarstwo Caravaggia tylko o jakiś banał!
    Drugoklasiści bluzgający grubym słowem.
    Matki, które chwalą mi się, że oto kupiły swojemu dziesięciolatkowi pierwszą w życiu książkę! łał, klękajcie narody!
    Szkoła też ma swoje za uszami, ale myślę, że gdyby rodzice prezentowali pewien poziom lub zdali się na nauczycieli w kwestiach o których sami nie mają pojęcia, WSZYSTKO byłoby inaczej.

    Przykład z przedszkola:
    Ojciec: no jak tam dzisiaj szło odpieluchowywanie?
    Ja: Dobrze, a jak wam poszło w weekend?
    Ojciec: a nie wiem, chyba nie siedział na nocniku, nie było kiedy.

    I ten mechanizm hula aż do matury.

    Dla nauczycieli z naszej szkoły jesteśmy jak rzadkie ptaki, bo wychowujemy swoje dzieci.

    Gimnazjalistę w połowie roku przenieśliśmy do prywatnej szkoły, bo widzieliśmy, ze na tym etapie jego gimnazjum zaczyna mu szkodzić, zamyka mu horyzont.
    I tu korci mnie, żeby rzucić kilkoma anegdotami z dobrej szkoły, ale czasu już nie mam :)
    Pozdrawiam!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja też się podpisuję pod wszystkim, co napisałaś. I gdybym miała możliwość wyboru dla H. sensownej prywatnej szkoły, to na pewno też bym ją z publicznej zabrała. Jednocześnie jestem wielką i zagorzałą przeciwniczką szkół prywatnych. Gdyby dzieci polityków i celebrytów różnej maści chodziły do rejonówek, to sytuacja tych szkół w ekspresowym tempie uległaby poprawie.

      Delete
    2. Bo szkoła prywatna oznacza zazwyczaj: płatna. Gdy za naukę trzeba płacić, rodzice mają zupełnie inne zapatrywania na swój udział w edukacji dzieci. Z kolei, dzieci zdolne w "zwykłej" szkole skazane są przeważnie na mentalną dzicz rówieśników, których rodzice są obojętni lub roszczeniowi. A rzadkie szkoły publiczne ze słuszną renomą są nieosiągalne ze względu na ilość chętnych czy rejonizację. Przysłowiowy nóż mi się otwiera, gdy kolejne ekipy rządzące upolityczniają edukację wprowadzając bezsensowne "ulepszenia" na zasadzie: namieszamy bo możemy.

      Delete
    3. Nie, wcale nie. Bywa i tak, że płaca i oprócz wymagań wobec szkoły (bo zapłacili) sami i nie reprezentują dosłownie nic. Słoma wystaje z kaloszy Hunter na kilometr. Pracowałam półtora roku w prywatnym liceum. Dramat. Nigdy więcej.

      Delete
  7. Podpisuję się pod powyższym artykułem obiema rękami...taka jest ta rzeczywistość szkolna, niestety. Pracuję od kilku lat w małej szkole (o, tak, luksus klas z małą liczbą uczniów), ale w specyficznym środowisku, które na początku zadziwiało mnie każdego dnia (już coraz rzadziej się dziwię) - większość (!) dzieci pochodzi z rodzin rozbitych lub z dysfunkcjami. Zwykła rozmowa o rodzinie okazuje się dramatem, gdyż razu pewnego chłopiec nie wiedział, o którym wujku ma mówić jako o tacie (!). Do tego dochodzi mnóstwo problemów z agresją, dzieciaki nie radzą sobie z emocjami, a rodzice przy tym wszystkim są bezradni, licząc,ze szkoła wszystko naprawi. Jest ciężko, ale na szczęście wśród uczniów znajdują się perełki, którym się chce, które mają ambicje, by osiągnąć coś więcej w życiu. A co z pozostałymi. Często ręce mi opadają, czuję, że do wypalenia już tylko krok, bo codzienna walka z wszędobylskim chamstwem i lenistwem jest wyczerpująca, a owoców ni widu, ni słychu. Pozdrawiam wszystkich nauczycieli! Ania

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mnie wzmocnił urlop wychowawczy, ale zapału starczyło na 3 lata. Mielę w mieijscu. O tylę to przykre, że to naprawdę moja "dream job". Jedna z dwóch. Może czas na tę drugą?

      Delete
  8. Czytam to wszystko i tylko utwierdzam się w przekonaniu, że muszę wyjechać z tego kraju zanim.synek zacznie przygodę z systemem edukacji. Myślałam, że może będzie odwrotnie. Że system zacznie lepiej działać. Ale chyba w to nie waryo wierzyć. Straszne to, co piszecie.

    ReplyDelete
    Replies
    1. To też jeden i z moich planów B. B jak Berlin. :-)

      Delete
  9. Nie mam jeszcze dzieci choć ze zgrozą czytam to wszystko bo na co dzień nie mam kontaktu ze szkołą podstawową czy gimnazjum. Obserwuję sobie po prostu te dysputy, te reformy, słucham czasem wypowiedzi znajomych w tym temacie i chyba faktycznie to co piszesz jest tym co się dzieje naprawdę. Ale jest jeszcze inna strona medalu. Moja przyjaciółka jest polonistką w jednym z najlepszych LO w Warszawie. Chcąc się nieco sprzeciwić wzorcom, jakie zmuszona jest pielęgnować, została skazana na ostracyzm grona pedagogicznego. Prowadzi lekcje w sposób nietuzinkowy, rozkochuje (w TYCH CZASACH!!!) swoich uczniów romantyzmie. Młodzież ją uwielbia ale stara belferska ekipa nie może na nią z tego powodu patrzeć. To mnie utwierdza, że UCZEŃ ogólnie nie jest ważny. Jednostkowe traktowanie nie jest mile widziane. Najlepiej się nie wychylać i robić swoje a pasję już na starcie należałoby pogrzebać.
    ps. B jak Berlin hm... życzę tego, co najlepsze ale wierzę, że najpierw się jednak poznamy :-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja sama w ten Berlin nie wierzę zbyt.:-)Ha! Ale tak - to, co piszesz, na pewno jest prawdą. Szkoła to najdziwniejsza instytucja ever. W sumie nie do końca wiadomo, o co w niej chodzi.

      Delete
  10. Czytałem ten wpis z narastającym smutkiem, gdyż nie mogę się nie zgodzić. Nie jestem nauczycielem, ale przeszedłem całą ścieżkę pedagogiczną na studiach i miałem kontakt z dwoma grupami współstudentów. Na studiach dziennych na UAM było trochę osób chcących uczyć angielskiego i tym osobom bez obaw powierzyłbym synów. Na zaocznych magisterskich na UKW w Bydgoszczy większość osób albo już uczyła, albo zaraz miała uczyć i albo były to osoby pozbawione ciekawości świata, własnego zdania oraz/lub kultury, albo też robiące błędy w każdym zdaniu swojej wypowiedzi. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć osoby, który mógłbym ocenić pozytywnie.

    Dziś trzeba mieć wielkie szczęście, żeby stosunkowo bezboleśnie przejść przez szkołę - szczęście pod kątem nauczycieli, ale też i potomka. Nie na wszystko mamy jako rodzice wpływ, a klasowa społeczność doskonale wyczuwa wszelkie słabości i skutecznie na nich żeruje.

    ReplyDelete
  11. No właśnie. Ale czy to powinno być tak,że trzeba "miećszczęście"?:-)

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger