February 10, 2019

BlacKkKlansman

W czasach, w  których Donald Trump nazywa na Twitterze Dona Lemona głupim, ale jednocześnie chwali go, że uczynił w swoim wywiadzie czarnoskórego gwiazdora NBA LeBrona Jamesa inteligentnym, "co nie było łatwe", w czasach coraz większych napięć rasowych, budowania murów i tworzenia podziałów, gdzie w gazecie w sąsiadujących artykułach czarny nastolatek jest określany jako "thug", a biały po prostu jako "teen, Spike Lee robi film o czarnoskórym członku Ku Klux Klanu.  
Oparta na prawdziwych wydarzeniach fabuła jest historią czarnego policjanta z Colorado Rona Stallwortha (w tej roli John David Washington, syn Denzela), który infiltruje lokalny oddział KKK. Robi to przez telefon z oczywistych względów,  a w spotkaniach oko w oko z przedstawicielami opcji white power pomaga mu kolega po fachu Flip Zimmerman (nominowany do Oscara Adam Driver).  Rozpiętość czasowa filmu sięga jednak nieco dalej w przeszłość i nieco dalej w przyszłość niż lata siedemdziesiąte - pierwszy kadr to fragment "Przeminęło z wiatrem" (Scarlett O'Hara biegnie przez pole usiane ofiarami wojny secesyjnej, wojny, z której mentalnie Południe nigdy się chyba nie podniosło), a ostatni - to zlepek reportaży telewizyjnych sprzed roku przedstawiających wydarzenia z Charlottesville w Virginii, kiedy to w tłum protestujących przeciwko rasizmowi jakiś redneck wjechał rozpędzonym autem). To są prawdziwe ramy czasowe "BlacKkKlansman". To, o czym jest ten obraz istniało wtedy, teraz, zawsze. I tylko chyba Spike lee mógł o tym opowiedzieć i nie bać się politycznej poprawności.  Reżyser świetnie ilustruje napięcia na tle rasowym kiedyś i teraz i wyprowadza niejako dowód na paralelność  tych napięć, co nie tylko zwraca uwagę na opresje stosowane przez białych wobec czarnych, ale wobec wszystkich mniejszości, przede wszystkim także Żydów (policjant Zimmerman jest Żydem), choć także czarnych wobec białych i czarnych wobec... czarnych. 
Jeśli jesteście zaznajomieni z dorobkiem Spike'a Lee, nie zdziwi was różnorodność form i żonglowanie konwencjami. Świetny jest pomysł, by tak nagrywać niektóre sceny, by widz miał wrażenie, że aktorzy mówią do niego (nie patrząc jednak w stronę kamery), a jednocześnie cały czas nie wychodzą z granych przez siebie ról.  Przesłanie, jakie ze sobą niesie film to gorzka pigułka do przełknięcia nie tylko dla Ameryki. Świetne są pomysły rodem z blaxpoltaition movies - od napisów jak z filmu "Shaft", przez poszerzanie kadru po ciekawe zbliżenia. 
Na szczęście jest też tu dużo humoru i satyry, dużo dystansu i ironii. Chciałoby się rzec, że cały film ma charakter głównego bohatera - prawego gliniarza mierzącego się z jednym z najbardziej moralnie obrzydliwych zakamarków ludzkiej natury, a który jednocześnie jest bardzo "funky". Przystojny, kolorowy (w sensie mody, fryzury, nie koloru skóry, choć to oczywiście także), zabawny.  Film reklamowany był zresztą jako komedia. Tak. Z tym że momentami śmiech zamiera na ustach. Film, którego akcja dzieje się w 1979r., jest tak na czasie, że chyba nawet bardziej niż czterdzieści lat temu. 

P.S. Do filmu powstał taki oto prosty plakat.  



No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger