March 14, 2019

Marley i ja


Ponieważ już niedługo stanę się szczęśliwą posiadaczką psa, postanowiłam wprowadzić się w nastrój i obejrzeć ponownie film "Marley i ja". Widziałam go kilka lat temu w okolicach jego premiery i bardzo mi się podobał. Oczywiście zbyt mało wody w Wiśle upłynęło, by w ogóle pytać o to, czy film przetrwał próbę czasu, ale to też nie ten rodzaj filmu, podczas którego zadawanie tegoż pytania jest zasadne. Czasu upłynęło jednak wystarczająco dużo, by obraz sobie odświeżyć bez wyrzutów sumienia, bo to ten z rodzaju szybko z głowy wypadających. 
Zatem muszę Wam powiedzieć, że zabawa nadal przednia. Tym razem obejrzałam "Marley i ja" w towarzystwie własnych dzieci, których zdecydowanie nie było na świecie w czasie pierwszej wersji seansu. I oglądanie go ich oczami było więcej niż sympatyczne. Jennifer Aniston i Owen Wilson stworzyli jedną z najmilszych filmowych par w historii "kina piątkowego" (moja osobista kategoria filmów nadających się do oglądania w piątki po całym tygodniu pracy - bardzo niezobowiązujących intelektualnie i miłych dla oka) . A ten ich pies to już w ogóle poezja. Swoją drogą tylko Amerykanie potrafią opowiadać tak ładnie o zwyczajnym życiu. No wiecie, bez powstań w tle, bez historii, bez górnego C. Ot, rodzina z przedmieścia i jej perypetie, wzloty i upadki, górki i dołki. Tak, jest to nieco lukrowane, ale jednak nie na tyle, by mdliło od nadmiaru słodyczy. 
"Marley i ja" broni się brakiem nadęcia, zwyczajnością dnia kadrowanego w ostatnich promieniach słońca, kiedy wszystko staje się ładniejsze, zwyczajnością,  z którą widzowie łatwo się identyfikują i jest ten film przez to w pewnej opozycji do klasycznej komedii romantycznej, w której przez cały czas on i ona zmierzają do siebie przez tor przeszkód. Tu akcja zaczyna się od momentu, kiedy chłopak ma już dziewczynę, tor przeszkód pokonany, są mężem i żoną. Co dalej? Życie. Pies, dzieci, przeprowadzki, rozczarowanie karierą, brakiem kariery, rozstania, śmierć. 
Tytułowy Marley to labrador z piekła rodem. Jednocześnie to najsympatyczniejszy pies świata, którego prawdziwe przygody opisywał na łamach gazety The Sun Sentinel jego właściciel John Grogan. Film powstał na postawie wydanej przez Grogana książki i muszę przyznać, że sposób, w jaki i film, i książka opowiadają o tym, co potrafi dla człowieka znaczyć pies, jest niezmiernie wzruszający. 
Thumbs up! 


2 comments:

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger